Po powrocie z koni umyłyśmy się i zjadłyśmy. Potem postanowiłyśmy trochę pooglądać dom, bo w największych zakątkach jeszcze nie byłam. Porozglądałyśmy się trochę, pograłyśmy w planszówki i tak zrobił się wieczór. Zjadłyśmy kolację i zasnęłyśmy bardzo wcześnie.
Następnego dnia po śniadaniu musiałyśmy posadzić w ogrodzie kilka rodzajów warzyw. Mama nas poprosiła. Poszłyśmy do szopy, do której jeszcze nie zaglądałam od czasu przeprowadzki.
-Otwórz drzwi.- powiedziałam Julce.
-Nie da się. Są zakluczone.
-Chodź do mojej mamy, może ona ma klucz.
-Mamo! Masz klucz do szopy? Chciałyśmy wziąć łopaty, ale drzwi są zamknięte.
-Wczoraj znalazłam jakiś pęk kluczy za drzwiami wejściowymi, sprawdźcie czy któryś z nich pasuje.
-Żaden nie pasuje!- powiedziała Julka po sprawdzeniu 15 kluczy.
-Hmm... wiem ! Nie sprawdziłyśmy jeszcze jednego klucza! Zaraz wrócę. -powiedziałam Julce i pobiegłam do pokoju po klucz, który znalazłam pierwszego dnia. -Jestem. Patrz, chodziło mi o ten klucz!
-Faktycznie, tylko on jeden został, oto chwila prawdy.
-Tak! Pasuje! Czyli pod dywanem znalazłam klucz od szopy?- spytałam przyjaciółkę chichocząc.
-Najwyraźniej!- odpowiedziała Julka śmiejąc się.
-Wejdźmy do środka.
Wewnątrz szopy było ciemno, widać dawno nikt tu nie zaglądał, okna pokryte były centymetrową warstwą kurzu, dlatego nie było światła. Otworzyłam drzwi jak najszerzej, żeby światło wpadło do pomieszczenia, w którym się znajdowałyśmy. Zrobiło się jaśniej. To co zobaczyłyśmy zaskoczyło nas bardzo. W szopie były grabie, łopaty, wiadra, ale również jakaś szkatułka na kłódkę. Była ona bardzo stara, zabrudzona, ale żelazna, ciężka do otwarcia.
-Julka, otwieramy?
-Tak.
-Dzień dobry - ktoś stanął w drzwiach i 'zabrał' nam światło, był to mój sąsiad, ten u którego rozmawiałam przez telefon z Julką.
-Dzień dobry- zerwałyśmy się z Julią i stanęłyśmy tak by nie widział szkatułki
-Dawno nikogo tu nie było.
-Przyszłyśmy tylko po łopaty i idziemy.
-Aha, ja też idę, tylko na chwile zajrzałem, do widzenia.
-Do widzenia.
-To był ten pan, u którego gadałam z tobą przez telefon.- oznajmiłam Julce- Nie ma klucza do tej szkatułki. Może potem go znajdziemy, teraz chodź do ogrodu zrobić to co musimy.
Po posadzeniu wszystkich roślin poszłyśmy do domu na obiad.
-Julka! Klucz na strych może być w tym pęku kluczy, który leżał za drzwiami.
-Faktycznie, jedz szybko pójdziemy to sprawdzić!
Zjadłyśmy bardzo szybko, potem pobiegłam po klucze, które zostawiłam w szopie i poszłyśmy na górę.
Sprawdziłyśmy już 13 kluczy, zostały dwa.
-Ten nie pasuje. - oznajmiłam Julce
-A drugi?
-Ten pasuje! Tak!
Byłyśmy takie szczęśliwe! Weszłyśmy na strych. Cały był w pajęczynach, okropny! Zaczęłyśmy wszystko oglądać, było tam tyle ciekawych rzeczy!
Natknęłam się na dziennik, jakiejś osoby, był bardzo stary i zakurzony. Otworzyłam go i przeczytałam Bob Hilengstom , 1865 r.
-Julka! Tu jest dziennik jakiegoś pana z 1865 roku!- zawołałam Julkę, która właśnie oglądała karton z pluszakami.
-Zaraz przyjdę.
Podniosłam z ziemi kawałek gazety, już nie było widać dokładnie co jest na niej, była czarno-biała.
- Tu jest jakiś człowiek z pięknym koniem, trzyma puchar i jest podpis: Bob Hilengstom, zdobył kolejną nagrodę.- ledwo to przeczytałam, wszystko było rozmazane. - Tu mieszkał niejaki Bob Hilengston.
Oglądałyśmy strych jeszcze przez kilka godzin, o 21 zeszłyśmy na kolację.
-Co robiłyście? -spytała mama jak zeszłyśmy na dół
-Nic. Siedziałyśmy w pokoju.- nie chciałam mówić jej prawdy, bo zaraz zaczęłaby nas przesłuchiwać i pytać co znalazłyśmy, po co poszłyśmy itp.
Po kolacji poszłyśmy się umyć i zasnęłyśmy bardzo szybko.
***
Następnego dnia z samego rana poszłyśmy do koni, 3 minuty drogi to nic strasznego, a konie zawsze miło odwiedzić.
-Patrz! Tam jest Patryk! - oznajmiła mnie Julka
-Widzę przecież.
-Patryk! Cześć!- moja przyjaciółka krzyknęła do Patryka na powitanie, on jednak spojrzał tylko w naszą stronę i nic nie odpowiadając poszedł do siodlarni.
-Co go ugryzło? Wstał lewą nogą? - zapytała mnie Julka
-Nie wiem. Chodź do niego to się dowiemy. - powędrowałyśmy w stronę siodlarni
-Hej Patryk, coś się stało? - spytałam, jednak on znowu nic nie powiedział i poszedł do konia na którym miał zaraz jeździć.
-Nie wiem co mu jest, chodź za nim.- jednak zanim go dogoniłyśmy on wziął wcześniej osiodłanego konia i już na nim siedział na ujeżdżalni. Był bardzo zły, miał przerażającą minę. Z nerwów uderzył Cykorię (na której jeździł) mocno batem (bo ta niby nie chciała zakłusować), a ona pociągnęła go mocno za wodzę i zaczęła cwałować po całym padoku.
***
Mam nadzieję, że się podoba :D Piszcie komentarze do dalszej motywacji ! :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz